KRZYK LUPY I MIODOWY SERIAL


 

DYPLOM U KRYSTIANA LUPY

SERIAL

TAK SIĘ ZACZYNA

 

SANDRA STANISZEWSKA ma 25 lat, jest na ostatnim roku krakowskiej PWST. Na elitarną uczelnię dostała się za trzecim podejściem. Właśnie dostała nagrodę na Festiwalu Szkół Teatralnych za rolę Sany w spektaklu "Pływalnia". Reżyserował sam Krystian Lupa.

«Ostatnio o zielonogórzance zrobiło się głośno za sprawą roli w jednym z najchętniej oglądanych w Polsce seriali, "M jak miłość" Na planie Sandra partneruje Rafałowi Mroczkowi, odtwórcy postaci Pawła Zduńskiego. Niebawem zaczyna też zdjęcia do "Ojca Mateusza".

Paulina Nodzyńska: "Dość" pracy z wybitnym, eksperymentalnym reżyserem - powiedziała Joanna Szczepkowska. To dla ciebie przestroga?

Sandra Staniszewska: Lupa zdawał sobie sprawę, że pracuje ze studentami, ludźmi, którzy dopiero wkraczają w zawodowstwo. Nie traktował nas jak swoich profesjonalnych aktorów. Ale bywało bardzo ciężko. Aktorstwo to dla mnie przyjemność, choć takie spotkania są ogromnym wysiłkiem dla organizmu i psychiki. Obawiam się, że mogłabym zrobić dwa takie spektakle w ciągu roku, nie więcej. To tak jak z filmem "Dom zły" Smarzowskiego. Obejrzałam, uświadomiłam sobie niektóre sprawy, ale nigdy do niego wrócę.

Masz na myśli sposób, w jaki Lupa kreował wasze role?

- Poniekąd. To było coś niesamowitego. Z nikim wcześniej tak nie pracowałam. Lupa wyszedł od wręczenia nam scenariusza, niezbyt łatwego. Interesują go teraz sprawy ludzi wykluczonych społecznie: bezdomnych, alkoholików, narkomanów czy psychicznie chorych. O tym opowiada spektakl "Pływalnia". Reżyser wyszedł od marzenia. Poprosił, byśmy wybrali sobie postać, którą bardzo chcielibyśmy zagrać. Którą średnio oraz taką, której absolutnie nie. Naprawdę sprawił, że zaczęliśmy marzyć, by wcielić się właśnie w tego, a nie innego bohatera. Zakochaliśmy się w nim, zapragnęliśmy o niego walczyć. Ja wybrałam postać Sany, narkomanki, która popełnia samobójstwo z miłości. Zrobiłam to zupełnie świadomie, choć wiedziałam, że są ciekawsi bohaterowie. Nie przypuszczałam, że Sana ma szansę na nagrodę. Był to jednak ważny moment w moim życiu. Moment, kiedy mój bliski przyjaciel odebrał sobie życie przez nieszczęśliwą miłość. Dopiero gdy Lupa zorientował się, że rzeczywiście czujemy naszą postać, że jest w tym dużo prywatnych, naszych osobistych pragnień - pozwolił nam ją zagrać.

Za postać Sany jednak zdobyłaś nagrodę. Pomogły niekonwencjonalne metody reżysera?

- Sposobu, w jaki Lupa pracuje z aktorem, nie da się porównać z niczym innym. Gram teraz farsę w jednym z krakowskich teatrów. Przychodzę na próby, robię swoje i wychodzę. Nie rozmawiamy tak dużo o tym, co to ma dać widzowi, nie omawiamy aż tak szczegółowo naszych postaci. Nie zatracamy się w tym jak u Lupy. To inna bajka. Najpierw zasugerował nam, żebyśmy poszli zobaczyć wystawę "Dziady". Sprawa kontrowersyjna, bo artysta zrobił ją... z żywych ludzi. Na całą zimę zapewnił bezdomnym miejsce do spania w podziemiach galerii. Ale zażądał czegoś w zamian. Zapłatą miało być udzielenie prawa do oglądania ich przez 24 godziny na dobę. Wybrałam się tam i zobaczyłam niesamowite sceny. Widziałam na własne oczy, jak dziewczyna chwyta szklaną butelkę, rozbijają i tnie sobie żyły. Była zazdrosna o mężczyznę. To bardzo pomogło mi stworzyć postać Sany, która też się zabija z miłości.

Pamiętam też inne zadanie. Mieliśmy zamknąć się w ciasnym pomieszczeniu, metr na metr, i nagrać kamerą godzinną odpowiedź na pytanie: co się teraz wokół ciebie dzieje? Otworzyłam się, nawet za bardzo. Opowiedziałam o swoich lękach i pragnieniach. Mówiłam o rodzinie, o tym, czego nie miałam, a co miałam. Był krzyk, płacz. Lupa oglądał moje nagranie z otwartą buzią. To było bardzo osobiste, prawdziwe. Nie wiedziałam, że będziemy oglądać to na zajęciach. Potem koledzy z grupy mnie zlinczowali, oskarżyli, że "sprzedałam się Lupie". Ale taka już jestem. Ta otwartość to moje utrapienie. Często mówię o sobie za dużo. Może kiedyś nauczę się siedzieć cicho.

To dlatego dostałaś rolę, w której nie jesteś słodka, ładna i miła.

- Zgadza się. Ludzie tak mnie postrzegają. Myślą, że jestem mocna, mam silny charakter. Lupa to odrzuca. Znakomicie wyczuł moją wrażliwość. To stąd wynika jego niebywała umiejętność dobierania aktorów. Gdyby ktoś był szalenie zakochany i szczęśliwy, dostałby pozytywną rolę. Lupa ma zasadę: graj to, co właśnie czujesz, co cię prywatnie interesuje, cieszy czy boli.

Taki wycisk emocjonalny ma swoje dobre strony. Powstaje coś autentycznego, niepowtarzalnego.

To też bardzo pouczające. Już w pierwszej scenie musimy się przełamywać. W niewielkiej odległości od widza ładujemy sobie w żyłę. A przecież wszyscy wiemy, że to kłamstwo. Nikt nie wstrzykuje sobie heroiny, tylko wyciska podgrzaną wodę na rękę. Aktor nienawidzi takich rzeczy. Chcieliśmy się wycofać. Zastanawialiśmy się: czemu on nas zmusza nas do takich rzeczy? Nie przystał na nasze prośby, tylko powiedział: "nie bójcie się, straćcie dziewictwo z tą igłą". Jedna z koleżanek przypadkowo naprawdę się nakłuła. Wpadła w panikę. Że nie może oddychać, że chce do szpitala.

Lupa się wściekł, opieprzył nas. Zdenerwowało go, że tak daliśmy się ponieść. "Przecież to jest teatr!" - krzyczał.

Często krzyczał?

- Wydarł się na nas po premierze, i tego nie zapomnę do końca życia. Wszedł do sali prób i zaczął się pieklić: "było chu...wo, chu...wo, chu...wo". Klął tak ostro, że wszyscy tylko czekaliśmy na zbawienne: "żartowałem". Ale nie powiedział. Zamiast tego zabrał kurtkę i zapowiedział, że na kolejne spektakle nie przyjdzie. Byliśmy w szoku.

Tymczasem na dole odbywał się bankiet, wydarzenie, na które studenci PWST czekają całe cztery lata. Zawsze jest tam mnóstwo ludzi, rodziny, pedagodzy. Marzyłam, by włożyć sukienkę i szpilki, a potem wejść do pomieszczenia, które dotąd było dla nas zamknięte. Byliśmy zaskoczeni, kiedy zeszliśmy na dół. Na bankiecie nie było nikogo. Płakałam i śmiałam się na zmianę, dyskusja po spektaklu tak nas pochłonęła, że nikt z widzów na nas nie zaczekał... To był najbardziej wzruszający i bolesny moment przez wszystkie lata w szkole. Następnego dnia mieliśmy na skrzynkach czterostronicowy wywód, w którym Lupa wyjaśnił, o co mu chodziło. Często nie wiedzieliśmy, co mistrz ma na myśli. Ktoś się kiedyś odważył: "dlaczego pan się tak denerwuje, przecież my nie wiemy, co siedzi w pana głowie". A on odpowiedział, że się denerwuje, bo ma pasję. Rzeczywiście, Lupa siedzi na próbach po kilkanaście godzin, bez wody, jedzenia i wyjścia do toalety. Nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś takiego. On ma w głowie takie pokłady wyobraźni, że zwykły człowiek nie jest w stanie tego dosięgnąć.

Mówisz, że to spotkanie zmieniło cię o 180 stopni. Że na niektóre sprawy patrzysz teraz inaczej.

- Na pewno nie przejdę już obojętnie obok bezdomnego, naćpanego czy pijanego. Tak łatwo przychodzi nam ignorowanie takich ludzi, wypraszanie, odtrącanie. Nie mają swojego miejsca, tułają się i krzyczą o uwagę. A przecież każdy z nich niesie za sobą niezwykłą historię. Dla nas to pięć minut wysłuchania ich opowieści czy wykonania piosenki. Dla nich świadomość, że nie są sami. Ale porozmawiasz z taką osobą tylko wtedy, gdy jesteś już na pewnym poziomie, gdy umiesz pokonać swoje bariery egoizmu i komfortu. Nie dotknęłabym tego w sobie, gdybym nie spotkała Krystiana Lupy.

Pewnie, możemy sobie pogadać o serialu, Mroczku, popularności. Będzie miło i fajnie. Ale to wszystko to banały w porównaniu z historiami tych ludzi, których życie naprawdę potraktowało potwornie.

Jesteś na rozdrożu? Co wybrać - seriale, sławę, pieniądze czy ambitny teatr?

- Nie potrafię dziś odpowiedzieć. Mam olbrzymi dylemat. Dostaję zaproszenia na bankiety, eventy. Pojawiają się propozycje kolejnych seriali. Jestem spod znaku Ryb, co jeszcze bardziej utrudnia mi podjęcie decyzji. Chętnie posłuchałabym rady autorytetu. Znajomi, młodzi, choć rozpoznawalni już aktorzy, mówią: idź, pchaj się, pokaż sukienkę. Niech piszą, niech gadają. Kiedy, jak nie teraz. Inni radzą: wstrzymaj się, poczekaj, jeszcze za wcześnie. Zrób najpierw coś ważnego, potem się wybijaj. Ekipę "M jak miłość" uprzedziłam, że spektakl z Lupą to mój priorytet. Ale miałam problem, gdy próby pokryły się ze zdjęciami. Ryczałam, nie wiedziałam, co robić. Kłopot rozwiązał się sam. W Warszawie leżał jeszcze śnieg i... przesunięto nagrania.

Z drugiej strony, moim wielkim marzeniem jest słynny warszawski Teatr Rozmaitości czy Teatr Nowy w Poznaniu. Wiem jednak, że gdybym poszła w kierunku spektakli w stylu Lupy, musiałabym na jakiś czas zostawić moją Zieloną Górę, zapomnieć o związku. Musiałabym się zakochać tylko w jego teatrze i poświęcić całkowicie.

Pamiętam, że kiedy zastanawiałam się nad szkolą teatralną, powiedziałam sobie: jeśli wygrasz Spotkania Amatorskie Teatrów Jednego Aktora, idź na te studia. Wygrałam, sytuacja była jasna. Teraz postąpiłam podobnie. Pomyślałam, że jeśli dostanę nagrodę na Festiwalu Szkół Teatralnych za rolę u Lupy, wybiorę ambitny teatr. I dostałam...»

"Krzyk Lupy i miodowy serial"
Paulina Nodzyńska
Gazeta Wyborcza -Zielona Góra nr 114
17-05-2013

Cały artykuł

ARTUKUŁ NA STRONIE E-TEATR.